Zbić fortunę! O tak!Okazuje się, że to główny cel i noworoczne postanowienie, każdej zachodniej korporacji. Tym gorzej, że święty Mikołaj przybrał wręcz pejoratywnego wydźwięku, celem handlu. Święta Bożego Narodzenia straciły swój symboliczny charakter, a grudzień znów został pozbawiony śniegu.
Jak wielkim wpływom podlega ogół społeczności, tak bardzo podatnej na wszystko co świeci i błyska? Okazuje się, że konsumpcjonizm jest większą chorobą, niż mogłoby się wydawać, a każde Święta, czy okazjonalne walentynki są tego przykładem. Bezwarunkowy popęd na zakup, stał się stałym elementem życia niektórych podmiotów, o czym też pisze w swojej książce Benjamin Barber (Dżihad kontra McŚwiat), zestawiając ludzi jako bezwolne marionetki, podatne na reklamę i kupujące niepotrzebne towary. Nabywanie dóbr mniej lub bardziej potrzebnych, stało się całkiem rozrywkową formą spędzania czasu, co uchyliło drzwi ku westernizacji, narzuciło nowe trendy. Wzrost konsumpcji, przyczynił się także do wyhodowania środowiska japiszonów, a zatem modelu klasy średniej, który prowadzi ostentacyjny tryb życia, a wszystko to na pokaz.
Towarzysząca nam już od listopada - jak się okazuje - atmosfera świąteczna w centrach handlowych, kusi swoim wystrojem konsumentów i to skutecznie. Z badań statystycznych wynika, że największy wskaźnik dotyczący sprzedaży detalicznej, mamy w ostatnim kwartale roku. A zatem tyczy się to świątecznej euforii i sylwestrowego szaleństwa. Rusza popyt na żywność, alkohole i prezenty. W telewizji reklamują się nowe oferty sieci komórkowych, z darmowymi minutami i rabatami na święta. Plusa reklamuje bałwan, zaś Play Fresh Grucha z Mikołajem. Pojawiają się także reklamówki spod egidy patrona Świąt, Coca-Coli - istne profanum! Co za szoł!
Święty Mikołaj, stał się symbolem kapitalizmu, konsumeryzmu mas. Wszyscy to kupili! Sama idea konsumpcjonizmu, prowadzi do częściowego uprzedmiotowienia społeczeństwa, a zarazem umiejętnego sterowania nim. Zatem zglobalizowanie ludu, nie stanowiło oporu, bo wszystkim się spodobało. Taka forma człowieka rodzi pewnego rodzaju zwyrodnienie i może budzić postawę hedonisty. Postawę człowieka myślącego w kategoriach "chcę", a nie "mogę". Nastąpiła pandemia.
W ten sposób, zachodnie konsorcja podbiły zagraniczny rynek, a my, głupcy z Polski, okazujemy radość i zadowolenie, bo pojawiły się nowe oferty miejsc pracy. Pojawił się McDonald i KFC i przez to jesteśmy jeszcze bardziej cool!


11 komentarze:
jedzmy, pijmy, palmy bawmy się i kupujmy ! czas igrzysk nadszedł =)
CZY MIKOŁAJ MIAŁ DEPRESJĘ?
Podoba mi się korelacja turbokapitalizmu (symbolizowanego przez coca - colowego santa clausa) i brakiem zimy (utożsamianego z globalnym ociepleniem). Przeto można zaryzykować hipotezę, że grubas z brodą zniszczył śnieg. Pytanie, czy możemy mówić o nihilistycznej autodestrukcji Mikołaja? Czy Mikołaj miał depresję, niszcząc symbol święt, właściwie sine qua non swojego istnienia w świadomości zachodnich kultur? A zatem i własnej sprzedawalności?
Pierdolę. Idę na obiad.
Dobra luksusowe dookreślają nasz sens istnienia. Żyjemy w porządku, który Slavoj Żiżek trafnie nazwał czasami „terroru nakazu”, w przeciwieństwie do czasu ustroju totalitarnego, gdy borykaliśmy się z „terrorem zakazów”.
Szczęśliwie wywalczyliśmy wolność. A zatem wolno nam konsumować niczym nieograniczoną ilość rozmaitych dóbr, reglamentowanych tylko od punktu, w którym kończy się nasz kapitał. Nic odkrywczego, ot – status quo, consens… Przyzwyczailiśmy się, a co więcej – aprobujemy sytuację, w której aby obejrzeć spektakl teatralny potrzebujemy ok. 80 złotych. Oznacza to, że aby obcować z wytworem kultury, podziwiać mimesis, przeżywać ożywcze katharsis, kształtować swoją postawę i pobudzać intelekt, uprawiamy – za Jasiem Kapelą – ćwiczenia fizyczne. Bardziej (praca fizyczna w przemyśle ciężkim czy budownictwie) czy mniej (bary szybkiej obsługi, zmywaki Europy) upokarzające.
Wolny rynek i globalizacja, coraz swobodniejszy przepływ kapitału, a więc wszystkie te kapitalistyczne twory, są zwyczajnie odpowiedzią na nasze rosnące potrzeby konsumpcyjne. Jeżeli jest popyt, jest i podaż (w warunkach cieplarnianych dla rozwoju wolnego rynku jest zawsze). Jeżeli zaś zachodzi prawdopodobieństwo, że wprowadzony na rynek produkt posiada defekty, zwyczajnie – jest bublem, cała armia speców od marketingu uświadamia nam, że jako zwyczajni maluczcy mylimy się. Prawda jest relatywna.
Przykład niech będzie radykalny.
Coca – Cola. Czy w czasie, gdy ustami całej sieci światowych organizacji zdrowia, organizacji pozarządowych, jak i resortów poszczególnych krajów, tyle mówi się o zdrowym trybie życia i chorobach cywilizacyjnych; gdy trendem kulturowym są wycieczki za miasto; kiedy klasa średnia i wyższa opuszczają miasta i osiedlają się z dala od cywilizacji; gdy konfabuluje się o zastąpieniu stalinowskiego pałacu parkiem na wzór Parku Centralnego w Nowym Jorku, aby uzdrowić życie miejskie; w czasie, gdy sam kapitalizm zaadaptował kategorię tzw. „ekologicznej żywności” do ataku na swoje sztandarowe produkty (ma oczywiste skłonności do autodestrukcji); czy w tak ekstremalnych warunkach Coca - Cola może mieć prawo bytu? Czy w tak nasilonej ofensywie produktów uznawanych za zdrowe, światowej kooperacji najbardziej wpływowych organizacji zdrowia, przy tak silnym rozwoju skrajnie przeciwnych trendów, mód, czy zachodnich lajfstajlów, napój składający się prawie wyłącznie z cukru może liczyć na sprzedaż?
Może. Z dwóch powodów. Po pierwsze, spece od marketingu za pomocą swojej propagandy zrelatywizowali prawdę, mówiąc prościej: wytłumaczyli nam, że się mylimy (prl-owska propaganda bis). Po drugie: Coca –Cola jest jak Kevin sam w Nowym Jorku. Jako stały uczestnik naszej kultury ukonstytuował swoją pozycję w obrębie fetyszyzowanej tradycji, z którą się nie kłóci, bo nie. Bo jest manichejsko dodatnia. Poprzez związanie wizerunku Mikołaja o niekwestionowanym wydźwięku (tym bardziej w tak katolickim kraju jak Polska), otrzymaliśmy prl-owskie, wpływające do Polski w święta pomarańcze bis. Tyle tylko, że Mikołaj przesiadł się do potężnego, prawdziwie amerykańskiego trucka.
Jak stwierdził klasyk J.M. Keynes: „kapitalizm to zabawne założenie, że źli ludzie, w partykularnych celach, będą robić rzeczy dobre”.
Naczelna zasadu gospodarki kapitalistycznej brzmi: „maksymalizacja zysku przy minimalizacji strat”. Nie ma więc powodów do zdziwienia, że rozmaite koncerny i ich pracownicze armie wykorzystują emocje, tradycję i modę dla efektywniejszej sprzedaży. Akumulacja kapitału jest siłą w ogóle potężniejszą od jakichkolwiek norm, wartości, niezależnie od kulturowych kręgów i ich genezy. "Bierzesz odsetki i dopłatę i krzywdzisz gwałtem swego bliźniego, a mnie zapomniałeś" – jest napisane w Księdze Ezechiela. Współcześnie Żydzi, aby nie zostać posądzonymi o lichwiarstwo, udzielają kredytów nieoprocentowanych. Jednak kredytobiorca i tak ponosi koszta, wcale nie mniejsze od potencjalnych odsetek. Rzecz to symboliki. Jednocześnie są kraje, które normują wysokość oprocentowania pożyczek, jak Austria czy Szwajcaria, gdzie górne progi określone są na 15 i 20% rocznie. W dżentelmeńskiej Anglii pojawił się zapis, że „wierzyciele nie mogą naliczać lichwiarskich stóp”, w konserwatywnej i katolickiej Polsce żadnych limitów nie ma (oprocentowanie „chwilówek” szacuje się na 200%). W naszym kraju nie sposób zresztą odnieść wrażenia, że Kościół wręcz wzywa do bogacenia się. Nie bez znaczenia pozostają tu biznesowe talenty toruńskiego redemptorysty czy ks. Jankowskiego. Nikt nie potępił też skutków koniunktury na papieskie pamiątki, która zaczęła się w kwietniu 2005 roku. Zresztą dlaczego ktokolwiek miałby to zrobić, skoro na porządku dziennym jest ożywiony na Jasnej Górze handel dewocjonaliami, a tradycyjne odpusty dominują życie społeczne prowincji.
Kapitał jest też wartością nadrzędną wobec suwerenności ośrodków politycznych na świecie, jest ponad etyką i globalną racjonalnością decyzji. Truizmem byłoby, gdybym posądził Stany Zjednoczone o interwencję w Iraku podyktowaną złożami ropy naftowej. Obok wciąż jednak odbywa się handel bronią z krajami Trzeciego Świata, a mimo będącego w dobrym guście potępiania łamania praw człowieka w Chinach – zachodni świat korzysta z wytworów niewolniczej pracy. Zasłoną dymną i rzeczą pozwalającą nam poczuć się lepiej, jest fetysz kreowania miejsc pracy. O ich jakości się nie dyskutuje.
Innym przykładem jest kwestia ocieplenia klimatu. Publicysta Dziennika Andrzej Talaga komentował na łamach, że interesem Polski jest przyjęcie zobowiązań, które nie odbiją się na gospodarce, ponieważ kryzys klimatyczny jest tylko prawdopodobny.
Istnienie kapitału jest bezdyskusyjne. Istnieje oczywista korelacja między brakiem śniegu a kolorowym Santa Claus. Otóż ikona popkultury, którą ten się stał, stymuluje konsumpcję absorbującą coraz więcej dóbr naturalnych. W efekcie Ziemia jest coraz mocniej eksploatowana, a klimat ulega ociepleniu. A przecież w świadomości świata zachodu śnieg jest dobrem komplementarnym względem Santa Clausa, trudno wyobrazić sobie święta bez grubasa z workiem, ale jeszcze trudniej wyobrazić sobie grubasa z workiem wpychającego się do nieośnieżonego komina. Pytanie więc, czy taka dążność do autodestrukcji wynika z depresji Santa Clausa, czy to jedynie niepohamowana żądza konsumpcji sprawiła, że odgryzł sobie rękę.
Może więc miast wciąż opisywać świat, zacznijmy go zmieniać?
Mnie generalnie zawsze śmieszyli ludzie, którzy jak oparzeni uciekają przed konsumpcją i deklarują się jako błędni rycerze walczący z wiatrakami, tj. korporacjami. A konsumpcja nie jest czymś złym - kupujemy, jemy po to, żeby sprawić sobie przyjemność. Zły jest dopiero konsumpcjonizm, kiedy to właśnie kupowanie staje się sensem życia a my nabieramy przekonanie, że to, co posiadamy, nas kształtuje. A jeszcze gorsze jest to, że twórcy tego szału świątecznego skrzętnie to wykorzystują. Słowem, lepiej zachować dystans między jedną skrajnością, a drugą.
Jak się okazuje, myślimy w podobnych kategoriach Moloko.
Czy w momencie, gdy nabywamy dobra konsumpcyjne, aby sprawić sobie przyjemność, nie jesteśmy już niewolnikami produktu? Czy wciąż możemy mówić o zdrowej konsumpcji, gdy kupujemy artykuły nie pierwszej potrzeby, służące realizacji podstawowych pragnień z, powiedzmy, piramidy Maslova, lecz coraz to większe telewizory, nowszy sprzęt komputerowy, konsole? Dobra luksusowe nie służące niczemu, prócz - właśnie - niczym nieskrępowanej przyjemności?
Rozumiem, że przez was prezentowaną skrajność należy rozumieć jako taką, gdy potrzeba zakupów przeradza się w obsesję, nałóg?
Do 'litery.blog.pl' - dawno nie przeczytałem takiego steku bzdur. Pozujesz na wielkiego intelektualistę, a masz problemy ze sformułowaniem sensownego wyrażenia.
Dobra luksusowe dookreślają nasz sens istnienia.
Może twój.
Żyjemy w porządku, który Slavoj Żiżek trafnie nazwał czasami „terroru nakazu”, w przeciwieństwie do czasu ustroju totalitarnego, gdy borykaliśmy się z „terrorem zakazów”.
Daj jeszcze jakiś cytat z Lenina, będzie adekwatny.
wolno nam konsumować niczym nieograniczoną ilość rozmaitych dóbr, reglamentowanych tylko od punktu, w którym kończy się nasz kapitał. Nic odkrywczego, ot – status quo, consens…
Ciekawe, jak rozumiesz konsupmcję i reglamentację. A łacina nie sprawi, że staniesz się mądrzejszy.
Przyzwyczailiśmy się, a co więcej – aprobujemy sytuację, w której aby obejrzeć spektakl teatralny potrzebujemy ok. 80 złotych. Oznacza to, że aby obcować z wytworem kultury, podziwiać mimesis, przeżywać ożywcze katharsis, kształtować swoją postawę i pobudzać intelekt, uprawiamy – za Jasiem Kapelą – ćwiczenia fizyczne. Bardziej (praca fizyczna w przemyśle ciężkim czy budownictwie) czy mniej (bary szybkiej obsługi, zmywaki Europy) upokarzające.
Czyli co, komuna? Teatry za darmo? Czy może cała ich obsługa ma pracować niewolniczo, bo jaśnie panu żal pieniędzy na spektakl?
I tak btw, ludzie chodzący do teatru zazwyczaj nie pracują na zmywaku i zarabiają 'trochę' więcej.
Prawda jest relatywna.
Oczywiście to twierdzenie nie ma żadnego związku z tym, co napisałeś powyżej, ale mniejsza o to. Nikt nikomu nie każe niczego kupować, więc jeśli ktoś się daje rżnąć specom od reklamy i innym czarodziejom, to tylko i wyłącznie jego problem.
Czy w czasie, gdy ustami całej sieci światowych organizacji zdrowia, organizacji pozarządowych, jak i resortów poszczególnych krajów, tyle mówi się o zdrowym trybie życia i chorobach cywilizacyjnych; gdy trendem kulturowym są wycieczki za miasto; kiedy klasa średnia i wyższa opuszczają miasta i osiedlają się z dala od cywilizacji; gdy konfabuluje się o zastąpieniu stalinowskiego pałacu parkiem na wzór Parku Centralnego w Nowym Jorku, aby uzdrowić życie miejskie; w czasie, gdy sam kapitalizm zaadaptował kategorię tzw. „ekologicznej żywności” do ataku na swoje sztandarowe produkty (ma oczywiste skłonności do autodestrukcji)
Mnie się wydaje, że to są pobożne życzenia (btw szkoda, że realizowane za kasę z podatków), ale co - znów przymus i komuna?
czy w tak ekstremalnych warunkach Coca - Cola może mieć prawo bytu? Czy w tak nasilonej ofensywie produktów uznawanych za zdrowe, światowej kooperacji najbardziej wpływowych organizacji zdrowia, przy tak silnym rozwoju skrajnie przeciwnych trendów, mód, czy zachodnich lajfstajlów, napój składający się prawie wyłącznie z cukru może liczyć na sprzedaż?
Tak, może, bo są ludzie, którzą CHCĄ go kupować. A frustraci podobni tobie nie mają prawa im tego zakazać.
Po pierwsze, spece od marketingu za pomocą swojej propagandy zrelatywizowali prawdę, mówiąc prościej: wytłumaczyli nam, że się mylimy (prl-owska propaganda bis).
Na razie to prl-wskie metody chcesz wprowadzać ty.
Coca –Cola jest jak Kevin sam w Nowym Jorku.
Tak, jest, bo luzie tego CHCĄ.
Jak stwierdził klasyk J.M. Keynes: „kapitalizm to zabawne założenie, że źli ludzie, w partykularnych celach, będą robić rzeczy dobre”.
Przykre, że masz takich idoli. A to zdanie całkowicie bezsensowne, bo:
1) kapitalizm to nie założenie;
2) k. nie zakłada, że ludzie są źli (cokolwiek by to miało znaczyć).
Naczelna zasadu gospodarki kapitalistycznej brzmi: „maksymalizacja zysku przy minimalizacji strat”. Nie ma więc powodów do zdziwienia, że rozmaite koncerny i ich pracownicze armie wykorzystują emocje, tradycję i modę dla efektywniejszej sprzedaży. Akumulacja kapitału jest siłą w ogóle potężniejszą od jakichkolwiek norm, wartości, niezależnie od kulturowych kręgów i ich genezy.
Co za bełkot. Jak widać, nie masz pojęcia, czym jest akumulacja kapitału, a szkoda, bo bez niej nie siedziałbyś w ciepłym domku z pełnym brzuszkiem i pisał takich głupot przez internet.
Współcześnie Żydzi, aby nie zostać posądzonymi o lichwiarstwo, udzielają kredytów nieoprocentowanych.
LOL.
W naszym kraju nie sposób zresztą odnieść wrażenia, że Kościół wręcz wzywa do bogacenia się
Bo bogacenie się to nic złego, wręcz przeciwnie. Jeśli jesteś mu taki przeciwny, to oddaj mi swój komputer.
Nikt nie potępił też skutków koniunktury na papieskie pamiątki, która zaczęła się w kwietniu 2005 roku. Zresztą dlaczego ktokolwiek miałby to zrobić, skoro na porządku dziennym jest ożywiony na Jasnej Górze handel dewocjonaliami, a tradycyjne odpusty dominują życie społeczne prowincji.
A co jest złego w tym, że ktoś chce mieć pamiątkę?
Kapitał jest też wartością nadrzędną wobec suwerenności ośrodków politycznych na świecie, jest ponad etyką i globalną racjonalnością decyzji.
Widzę, że pojęcie kapitału to dla ciebie również czarna magia.
wciąż jednak odbywa się handel bronią z krajami Trzeciego Świata, a mimo będącego w dobrym guście potępiania łamania praw człowieka w Chinach – zachodni świat korzysta z wytworów niewolniczej pracy. Zasłoną dymną i rzeczą pozwalającą nam poczuć się lepiej, jest fetysz kreowania miejsc pracy. O ich jakości się nie dyskutuje.
Może tobie. Ja tam mam gdzieś broń w trzecim świecie i miejsca pracy w Chinach.
Istnienie kapitału jest bezdyskusyjne.
Gratuluję, chyba jedyne sensowne zdanie z twojej strony.
W efekcie Ziemia jest coraz mocniej eksploatowana, a klimat ulega ociepleniu.
Ta, ocieplenie klimatu to świetny biznes obecnie. Chyba się do Greenpeace'u zapiszę...
Może więc miast wciąż opisywać świat, zacznijmy go zmieniać?
Zacznij od siebie - czytając książki ekonomiczne.
1. Na nikogo nie pozuję. Znasz mnie?
2. Nasz w sensie ogółu. Jeżeli prywatnie, u Ciebie, zakupy się jeszcze nie zrytualizowały, a rodzinne wycieczki do Tesco nie zastąpiły tych do parku chociażby, jest dobrze. To moja hipoteza.
3. Dlaczego odrzucasz Żiżka a priori i zestawiasz go z Leninem? Zapewniam, że obu do siebie bardzo daleko.
4. Teatry za darmo? A dlaczego jedyną opłatą wnoszoną w bibliotekach jest ta przy zakładaniu karty i nikogo nie dziwią stosy książek do nieodpłatnego wypożyczania? Ograniczanie dostępu do wytworów kultury nie pomaga w socjalizacji, a ponadto utrudnia pionową ruchliwość między klasami. Aby nie było, że znowu stylizuję się na intelektualistę. Dlaczego utrudniać dziecku z patologicznej rodziny rozwój? Tylko dlatego, że jest z patologicznej rodziny, a więc bieda jest dziedziczna i to winno płacić frycowe za błędy swoich rodziców? Wreszcie fakt, że teatr się zelitaryzował i uczęszczają doń „nie pracujący na zmywaku”, a klasa wyższa, jest efektem wtórnym cen biletów, nie zaś swobody wyboru. Bo tego nie ma, chociaż billboardy twierdzą co innego.
5. Sytuacja w której dzieci z mniej zamożnych rodzin wstydzą się swoich plecaków czy niemodnych przyborów szkolnych, albowiem inne – szczęśliwsze – mają zawsze te najnowsze, najbardziej trendy, jest jeszcze racjonalnym wyborem, czy może mamy do czynienia z czymś bliskim manipulacji?
6. Nigdzie nie zaproponowałem alternatywy w postaci „komuny i przymusu”. Przyjmijmy, że moja krytyka jest niekonstruktywna.
7. Automaty z coca – colą w szkołach. Czy przyzwyczajanie dzieci do marki i produktu, wręcz stwarzanie presji na zakup go (czy dziecko jest racjonalnym konsumentem?) jest na tyle wolnorynkowe i trzeba bronić go jak Częstochowy, że jakikolwiek sprzeciw może zostać uznany za „zakaz”?
8. Jakie metody PRL-u pragnę wprowadzać? Może jakiś przykład z tekstu? Insynuacja.
9. I mam jeszcze wiele uwag. Najistotniejsza jest jednak smutna konkluzja, że masz gdzieś sytuację w innych krajach. Rozumiem, że alterglobalizm jest niemodny, Greenpeace służy zarabianiu pieniędzy i w istocie to „ekogłupki”, natomiast cynizm jest modny. Z postawą światopoglądową nie ma sensu się kłócić. Powinna to być sprawa Twoja i Twojego sumienia.
1. Na nikogo nie pozuję. Znasz mnie?
Nie, nie znam. Po prostu drażni mnie przerost formy nad treścią. Najprostsze myśli są najprawdziwsze.
2. Nasz w sensie ogółu. Jeżeli prywatnie, u Ciebie, zakupy się jeszcze nie zrytualizowały, a rodzinne wycieczki do Tesco nie zastąpiły tych do parku chociażby, jest dobrze. To moja hipoteza.
No właśnie, nie ma co uogólniać. Wiele problemów się przez to tworzy.
3. Dlaczego odrzucasz Żiżka a priori i zestawiasz go z Leninem? Zapewniam, że obu do siebie bardzo daleko.
Dla mnie to to samo wrogie myślenie.
4. Teatry za darmo? A dlaczego jedyną opłatą wnoszoną w bibliotekach jest ta przy zakładaniu karty i nikogo nie dziwią stosy książek do nieodpłatnego wypożyczania? Ograniczanie dostępu do wytworów kultury nie pomaga w socjalizacji, a ponadto utrudnia pionową ruchliwość między klasami. Aby nie było, że znowu stylizuję się na intelektualistę. Dlaczego utrudniać dziecku z patologicznej rodziny rozwój? Tylko dlatego, że jest z patologicznej rodziny, a więc bieda jest dziedziczna i to winno płacić frycowe za błędy swoich rodziców? Wreszcie fakt, że teatr się zelitaryzował i uczęszczają doń „nie pracujący na zmywaku”, a klasa wyższa, jest efektem wtórnym cen biletów, nie zaś swobody wyboru. Bo tego nie ma, chociaż billboardy twierdzą co innego.
To porównanie wydaje mi się kiepskie, bo mimo wszystko szeroko rozumiana sztuka, a wiedza i edukacja to zupełnie co innego.
A kwestie 'bezpłatnej' edukacji i socjala to bardzo głębokie tematy, nie wiem, czy chcę je poruszać ;]
5. Sytuacja w której dzieci z mniej zamożnych rodzin wstydzą się swoich plecaków czy niemodnych przyborów szkolnych, albowiem inne – szczęśliwsze – mają zawsze te najnowsze, najbardziej trendy, jest jeszcze racjonalnym wyborem, czy może mamy do czynienia z czymś bliskim manipulacji?
Ee? Świat zawsze będzie się dzielił na bogatych i biednych. A patrząc na to z innej strony, mogą się cieszyć, że w ogóle mają plecaki...
6. Nigdzie nie zaproponowałem alternatywy w postaci „komuny i przymusu”. Przyjmijmy, że moja krytyka jest niekonstruktywna.
Tu znowy wychodzi bardzo głęboki problem, w którym są dwie alternatywy - wolność i niewola.
7. Automaty z coca – colą w szkołach. Czy przyzwyczajanie dzieci do marki i produktu, wręcz stwarzanie presji na zakup go (czy dziecko jest racjonalnym konsumentem?) jest na tyle wolnorynkowe i trzeba bronić go jak Częstochowy, że jakikolwiek sprzeciw może zostać uznany za „zakaz”?
A co jest w tym niewolnorynkowego? Przecież szkoła może (chyba) wstawić taki automat, jaki się jej podoba. Nie rozumiem dlaczego wychodzisz z założenia, że kupujemy Coca-colę bo wymorodowała konkurencję i nic innego nam nie zostało. Jak lubię colę, a jak byłem dzieckiem to wyjście do McDonalda było jak święto. Czy to dobrze? Nie wiem.
8. Jakie metody PRL-u pragnę wprowadzać? Może jakiś przykład z tekstu? Insynuacja.
Mniejsza. Powiedzmy, że mnie poniosło.
9. I mam jeszcze wiele uwag. Najistotniejsza jest jednak smutna konkluzja, że masz gdzieś sytuację w innych krajach. Rozumiem, że alterglobalizm jest niemodny, Greenpeace służy zarabianiu pieniędzy i w istocie to „ekogłupki”, natomiast cynizm jest modny. Z postawą światopoglądową nie ma sensu się kłócić. Powinna to być sprawa Twoja i Twojego sumienia.
Tak, uważam, że troszczyć się trzeba przede wszystkim o siebie.
Niemodny to jest dziś kapitalizm, co jest wyjątkowo przykre, bo jego rękę gryzą ludzie przez nią wykarmieni.
A co do cynizmu... Ironia losu, bo właśnie w Greenpeace'ie pracują ludzie którzy kompletnie nie utożsamiają się z tym, co głoszą. Zresztą tam, gdzie w grę wchodzą BILIONY $, nie wierzę w żadną prawdę, ni uczciwość, nie mówiąc już o ideowości.
I przepraszam za ten ton z pierwszego komentarza, ale współczesny świat wzbudza we mnie nieopisaną agresję. Wybacz i pozdrawiam.
Prześlij komentarz